Swego zawodu, że
Kategorie

Swego zawodu, że

Swego zawodu, że przyczyny wyda­wały mu się bez znaczenia. Odpowiadało mi to. Bo i od czego miałbym zacząć, gdybym mu chciał opowiedzieć, wytłumaczyć się, usprawiedliwić? Gdzie za­częła się ta historia, której dziś zamierzałem położyć kres? Dzisiaj musi nadejść: list, pneumatyk, depesza. Sieć i dudniący strop nad głową, i dyskretny szum syreny, w przód i wstecz: najdalej za dwa tygodnie. Gdzie i kiedy posiany został ten wiatr, co potem roz-szumiał się w burzę, pachniał krwią i był czerwony jak krew od horyzontu po horyzont; pachniał popiołami i rozsiewał nad nami popioły ojca, które osiadały na wszystkich twarzach; jedni to widzieli, inni byli ślepi; wiatr czy burza, która ucichła, bo nie zawsze może trwać burza; ale zapach popiołów wżarł się nam w pory i skrapialiśmy się perfumami, które nam pozwalały za­pomnieć: naprędce przyrządzone wonne olejki; a jednak burza wzbierała teraz znów i wyganiała mnie ze szkoły, w której uczył ongi mój ojciec, i wypędzała z miasta; ale dokąd? Nadciągała z daleka. Może rozpętała się tego ranka, kiedy ojciec, zanim poszliśmy do szkoły, powiedział: Wbrew krakaniom nierozsądku w chlubnej przyszłości nasz naród dokona gruntownych przemian także w na­szym szkolnictwie miejskim. Nie patrzył przy tym ani na mnie, ani na mamę i wydało mi się, że w jego obojętnym wzroku tai się jakiś podstęp. A mama śmiała się z tych bzdur. Bo i któż mógłby zrozumieć takie mroczne przepowiednie: Wbrew krakaniom nierozsądku... Mama śmiała się, cho­ciaż się na pewno obawiała, że to zdanie jest fragmen­tem uroczystego przemówienia, które ojciec miał wygło­sić w imieniu grona nauczycielskiego i uczniów na po­witanie nowego dyrektora, Wolfganga Sondermanna. Wyznała mi też później, że dosłyszała ukryty w tych słowach smutek. Nie był to więc śmiech, do jakiego przywykliśmy u niej: pogodny i miły. Także ojciec wy­czuł, że śmieje się raczej z przymusem, niepewnie i sztucznie. Wciąż jeszcze ze śmiechem wzięła go pod rękę i powiedziała: Bądź ostrożny, Leopoldzie. — Spojrzała na niego i do­rzuciła z powagą: — Proszę cię, przecież wiesz, że oni tylko czekają na okazję, aby cię wykończyć. Powiedziała mi później, że jak nigdy dotąd zapragnęła wtedy dowiedzieć się wcześniej, a nie dopiero z gazet, co ojciec powiedział na trybunie. Że tego ranka jej nie­ustanna troska o ojca, który z rosnącą gorliwością wy­myślał wciąż nowe sposoby, aby drażnić brunatne koszu­le, zmieniła się w niepokój, w strach, że zaczęły się pod nią uginać kolana. Ojciec nachylił się nad jej strwożoną twarzą, mruknął coś, by ją udobruchać, pogłaskał po ręce i pocałował. I poszliśmy do szkoły. Od tej właśnie sceny mógłbym rozpocząć wyjaśnienia, gdyby Dietrich Bartsch zechciał wybadać, co mną kie­ruje. A może powinien bym zacząć inaczej? Obrót w przód, obrót wstecz. Co oznacza to drżenie? Nie śpisz już, Engelbercie Reineke, ocknij się! \"Wyjdź stąd, nie stój w małym, ciemnym przedpokoju, zapukaj do drugich drzwi, zapal papierosa i usiądź wygodnie w czerwonym, wklęsłym fotelu, spójrz na Dietricha albo ponad nim na plany konstrukcyjne automatów, nie myśl o Wiaźmie i nie wsłuchuj się w jego krzyk, kiedy go trafiło, wpatrz się w dym papierosa i mów powoli, opowiedz mu swoją historię, jak gdybyś ją przeczytał w jakimś czasopiśmie. Opowiadaj, opowiadaj: Obudził mnie hałas i pokrzykiwanie za ścianami z wa­ty. Wśród nocy, w cichych Alejach brzmiało to niepoko­jąco. Wstałem, otworzyłem okno i zobaczyłem, że przed domem sąsiada stoi jakiś samochód, wielkie, szare pudło, wóz meblowy. Ludzie w czarnych mundurach wbiegli do domu i wrócili niosąc różne rzeczy. Wrzucili je w pasz­czę wozu, aż jęknął, i poczłapali znowu do domu. Jeden z nich, barczysty cień, wiosłował ramionami,

Poprzedni - Tego, że to
Następny - Plótł coś i

Strony pokrewne